Poezja
psia kość
o tym że się z niego wzięła
wiedzą wszyscy
alan komplikował sobie życie
z czasem
zaczął komplikować sobie kobiety
konstruował na poddaszu
dobrze już znane mechanizmy
konstrukcje wypuszczał oknem
naiwnie nie wierząc
w prawo ciążenia
pewnego dnia zaczął padać deszcz
wzięła się kropla z oka alana
i popłynęła do morza
zdziwiony alan
zlizał z wargi okruch
i przepłynął morze
light side of the moon...
nie było w nim umierania
może dlatego że zamykaliśmy go
przed bogiem
albo przed kimś jeszcze większym
ścielę ci łóżko jakubie
kocham ciebie anno
ale wobec-- nie mam nic
drogi którymi chodzę
a które łącząc się
pod kreską horyzontu
przypominają przyszłość -- to nic
mój synek jakub - był
ale rozpłynął się
w trzykropek
klepsydra
wieczór koloru sepii
chwytasz obraz powiekami
idziesz
schyl się pode mną
policzki wygniotą
mrok z zakamarków
przesyp przeze mnie
włosy
palce
usta
w czas zamieniana
mierzę siebie piaskiem
dwa na dwa
dwa na dwa
samotności powietrza
bez natrętnych szeptów
wieczornych fal tsunami
dwa na dwa
jeden na jeden
od biedy wystarczy
i ten
odświeżacz o
zapachu mandarynek
Dotyk
W palcach mam dotyk chitynowy
wzrok mój wychodzi z oślepienia
małe bezmózgie białe teraz
rozrywa kokon i jest pszczoła
i świeżą krew jak plaster miodu
w ul serca pusty przy mnie tłoczy
pulsuje płomień gdy pod skórą
rozrywam kokon i jest pszczoła
małe bezważkie białe teraz
od słońca życia wzrok odwraca
aby umierać i powracać
aortą łodyg ścieżką serca
na innych kwiatach nektar zbierać
i znów się rodzić i umierać
nikt tutaj na mnie nie czeka
dzisiaj śnieg wygląda jak szkliwo. choć centrum
jest bardziej rozmyte niż zwykle, to nie ma mgły.
po prostu nikt tutaj na mnie nie czeka. czarny
dziób rozłupuje puste ziarenko na ulicy posypanej
piachem - tak się nazywam. z dnia na dzień
coraz bardziej blednę, bo zima odbiera mi połysk.
każe się kłaść pod śniegiem i drżeć. doszedłem
już tak daleko jak odwilż. pod szklistą warstwą
kapię i płynę.
haiku
czerwone słońce
sunie w nieba południe
klucz dzikich gęsi
haiku
Ciche warknięcie,
kła błysk. Pies się wyrywa.
Zmyka wiewiórka.
haiku
Wschodzące słońce
Rozchyla żółte płatki
Kwitnący grążel
haiku
nadrzeczne łąki
kwiat niezapominajki
błękit w zieleni
haiku
zimny poranek
wicher niesie przez bagna
klangor żurawi
haiku
Soczysta plama
Z przydrożnej gruszy upadł
Dojrzały owoc
haiku
iskra z ogniska
umyka w gąszcze trawy
zraniony pająk
haiku
nie ma księżyca
nieprzenikniona ciemność
szelest w lesie, deszcz
*** (kropka kreska ja)
kropka
kreska
ja
służebnica
bezpańska
nie zasługuję na pana
i świat
morski alfabetycznie
zwichniętym poczuciem winy
opuszczam kurtynę
słownie trzynaście
działek gwiezdnego pyłu
sprzedaję
drewniane serce
jak zapałki
kropka
kreska
i moja wszechświęta
samotność
haiku
jesienny listek
taflą jeziora płynie
srebrzysty łabędź
haiku
ścieżka na łące
leżący wśród kamieni
rozdeptany świerszcz
pan to mi ma
głos
milczący unieśmiercaniem i
przesiąkłam krwią
kształtu
w igliwiu żył
mnie znajdziesz
papilarną strugę bólu
na koniuszku
słoneczności palców
-trupom nie patrzą na
dłonie
to znowu nie ja
kostnieją wspomnienia
widma z trójwymiaru
jutra
nie chcę doczekać
daj mi noc
o świcie strąć
deszcz
Wyskok
Zagadki. Co dzisiaj wyskoczy z cylindra?
Czy słowonoże przebiją dla zabawy, zanim
cyrkowy namiot znowu zamieni się w dom?
A ja cię pierdolę - powiedział to tak
łagodnie, że nie wiedziała czy zaprasza ją
do łóżka czy wyrzuca za drzwi.
Kiedy gaśnie śmiech i światła na arenie,
wchodzi w ten spokój nie otwierając oczu.
Po omacku wdrapuje się na trampolinę;
skacze w ciemno i nic już nie ma znaczenia.
Złamać kark trudniej niż złamać dane słowo.
Jeśli coś musi umrzeć, niech umiera szybko,
bez sztucznego utrzymywania przy życiu.
Tak jest bardziej po ludzku i nie zaboli.
Lodge na Kaszubach
Mając wybór zawsze wypiję wino czerwone wytrawne
shiraz mataro w ostateczności cabernet sauvignion
najchętniej banrock station rocznik 2000
w komplecie z dwoma zdjęciami szczególnie
takie mikroskopijne reminiscencje znad talerza
seler panierowany z odrobiną żurawiny a potem
przepyszny deser dla martwego oblicza
pudding chlebowy podlany tanią whiskey
dla kontrastu sielanki rodzinnej rodem z NFI
taki stempel dla domku z kart kruchego
ciasta niepróbowanego nigdy wcześniej
drażniącego podniebienie przy dębowym stole-lotnisku
rodzinnie mimo różnicy w pojmowaniu meaning of life
taras w sąsiedztwie pola do mini-krykieta
niewielkie małe jezioro czarne albo białe
bądź kawa w kolorze dostosowanym do smaku
w dzbanku gorącym i parze wielkich filiżanek
mieszana para w wieku poprodukcyjnym zagubiona
w deszczu próbowała dotrzeć na Trafalgar Square
bez pomocy osobistej asystentki wysiadła tutaj
marketingowiec z danona pasjonat odtwarzania
scen bitewnych w obsadzie ołowianych żołnierzyków
malowanych własnoręcznie farbami wodoodpornymi
przynajmniej zapach deszczu na to wskazywał
i skondensowane powietrze między poręczami schodów
cygaro rozmiaru xxl w towarzystwie hiszpańskiego konkwistadora
przy małym barze wypalane w podziemiach jazz'u
standardy i degustacja nowozelandzkiej gościnności
nieznane wcześniej zmysły w pierwszy majowy weekend
fanaberia
a kiedy mistrz imiona myli?
cień tak samo rodzi się z dołu do góry
sąsiad niemożliwie kaszle od piątej trzydzieści
małe zamieszanie na granicy rąk
niewysłane zdanie nagle zmienia nagłówek
jasno sformułowane poglądy których nie da się
obejść
dojrzewa pretekst
wewnątrz drzemie kultura Tak ciasna powłoka
która narasta nie da się jednak oszukać
bo instynktem wypełza po każdej burzy
przy stole mądrzejsza o noc małgorzata
pies ujada miarowo
wódka to chłodzi to rozpala płuca
Panie Norbercie K!
zbrzydło mi dopalanie się
od dziś noc
czar na papirus -
ów dym
nie żar
w oku wina
gaśnie
bezsilna ja budda
sobie nie wierząca
rakiem serca
cofam
poważanie
a kuku. i już mnie nie ma...
podobno tonąc zostanę ptakiem.
skrzydlatym trupem na dnie nieba
koloru oślepłych tęczówek.
w cierniowych koronach,
wyłowią mnie kiedyś.
księżniczkę w kryształkach soli,
z okruchami bursztynu we włosach.
może wzrośnie moja cena odwoławcza
siódmego dnia o zachodzie
księżyca; za katar wschodzącego.
odpocznę. przekupię łzami jezioro
(zawsze chciało zasłonąć...).
według psychologującej się
w umysłach bezbłędnie dorosłych,
jestem niedojrzała emocjonalnie
wywieźć gówniarę na Sybir! brrr
oto ja. wampir energetyczny;
od dawna na głodzie,
szperam w misiowej sierści dzieciństwa
szukając punktu zaczepienia zaufania.
na krótko. komukolwiek.
może pani? no proszę... ja tak bym chciała.
nie. nie jestem warta złamanego słowa;
za dużo nas - troje to już tłum.
nie ma nic za darmo.
może chociaż na kredyt, albo raty?
waga i miarka obwodu ufności...
niewinnie zamknę sobie oczy. zapomnij, że tu byłam
przyćpana wietrznym momentem z
ramionami w dół. opuszczam
plac broni. wojna akacji skończona!
wiesz, nie sprowadzono mi przyjaciela.
hołysz
niebo parawanem
otwarte dla wszystkich
nieme nocne kino
Discovery Chanel
kolie skradł w bezruchu
człowiek bez klosza
w pusty lombard złożył depozyt
kartonowa galaktyka Tantala
gratisowy mikrokosmos
na zagłówku betonowym
dominium persona
haiku
lustrzany blask chmur
szmer zza zieleni liści
lśni leśny ruczaj
spokój cisza oczekiwanie. mogę umierać
dziadek rozchylił trzecią nogę. odepchnął okiennicę i wyglądnął
zagadkowo. pezjzażowy sfinks z oczami pod zieloną czupryną
kruszy się pod naporem wyrastających od góry skał. płynność
i padający od horyzontu cień musi choć oprzeć się o to trzecie.
nie dziwi ruch brwi drewnianą nogą - w stronę wygodniejszą.
i grymas. zdradliwy ruch sfinksa - z naturalności martwego -
odkrywa tajemnicę pogody i meteorologia nie znaczy już nic.
obrączka szuka oparcia w szparze podłogi wsuwa się głębiej
( jak się to wypełni i będzie słychać brzdęk znaczy że jest w szkatułce).
skoro siwe włosy przestały mieć znaczenie nawet w tej lekkości
obcięte modlitwy dziadek obgryza mizernym ruchem warg. mówi też
o wojnie i o zmęczeniu. i mówi mu że sfinks i tak zrobi co zechce.
Fiś
Wysuwam język i śnieg topi się jak na patelni;
co może bardziej smakować niż chwytane
w biegu kruche wafelki prosto z nieba? Pycha.
Przydrożny salon masażu, kąpiele błotne stóp
w rozgrzanych kałużach, prysznic z pękniętej
chmury; i ta durnowata, rozchichrana radość.
Infantylna na maksa i jeju jak mi z tym dobrze.
Ile mości garnitury i wy wielebne garsonki, trzeba
waszym zdaniem mieć lat, żeby zacząć leczyć fisia?
(wyobraź sobie Stasiu, że ta wariatka mówi juhu
i nosi się za krótko; czy wiesz,że u naszego Kazia
na imieninach jadła rybę palcami? Porażka!)
Karuzele, wrotki-wędrowniczki, plażowe kokardy,
jazdo na tyłku z zaśnieżonej górki, czemu się mam
was wyrzec ? Za wcześnie urodzona dla nadętych,
też mam się nadąć, statecznie stąpać zamiast biegać?
O, do cholery, finito! Z daleka od mojej metryki
dziadki - równolatki. Wasze kalesony i migreny,
moje latawce i cudne manowce. Mój fiś, wasze ę, ą.
W parku sztywnych z wami nie pod rękę mi jakoś.
Za wysokie obcasy jak na moje nogi. Bez dwóch zdań.
***(porwany)
porwany na skały
na strzępy się darłem
gardło
godło i tak ledwo bijące
wszystko
czy obok niepokoju w słowach
znajdzie ktoś
skoszony ostrym żelazem
układ mój z Bogiem
Krwionośnym?
gdy krzyk ucichnie
zatapiając się
w smolonych drzewach
w pazury ptaków
czy ktoś wywoła duch mój
by skrajem płótna
ściegiem prostym do domu wrócił?
sił brakło
decydują już tylko
przydrożne ciche kapliczki
tam gdzie
diabeł traci zęby
i wrony
te
co dziobią rękojeść ręki
rozchylone dzikie usta -
bezkrwawe już pamięci skrzepy
Witryna Dnia
Dziś otrzymaliśmy wyróżnienie "Witryna Dnia", które przynaje PC WORLD KOMPUTER http://www.pcworld.pl
w imię
w końcu pogrzebiesz się bez wyjaśnienia
w swoim zapuszczonym ogrodzie
a ogród będzie brzęczeć
nad pochylonymi głowami
tylko przekleństwa rzucane przez
sen: nie moi jesteście nie moi
lecz kiedy już cię nie będzie
ja będę bardziej niż pszczoły:
pielęgnować matki jedna za drugą
i pracowicie odmawiać
imiona wszystkich ojców
aż jedno dosięgnie mnie wysoko
haiku
drzazga żywiczna
sypią się kwiaty wiśni
wiosenny wicher
haiku
cisza przed burzą
porywem wiatru tańczy
liść miłorzębu
Wiatr
"we mnie jest płomień który myśli
i wiatr na pożar i na żagle "
Z. Herbert
Od pewnego czasu
na moją plażę
przychodzi wiatr
w siedmiomilowych butach
włosem z bursztynu
wodą w mózgu
dawniej palił haszysze
pachniał buchalterią
a w salonach sztuki
rozbijał lustra
obecnie
jest cały
w skowronkach
sadzi wielkimi susami
przez gorący piasek
i ani mu w głowie
opisywać smutek świata
w narzeczu
rudowłosej blondynki
w owoce
jesteś dzieckiem jadalnym
w owoce
mimo braków w uzębieniu
a może dzięki nim
masz buzię pełną morwy białej
pod językiem
ani
anio
ann
annnn
a no ni mo wy
anioł
karmi się motyl
jedwabny
jesteś dzieckiem jadalnym
w owoce
po truskawkach odpraw szypułki
i egzorcyzmy nade mną
*** (bez tytułu, bo mi dzisiaj mocną kawę podali)
nie lubię filiżankowych wspomnień
więc kiedy zostało tylko ucho widziałam
Szarą ulicę kawałek trawnika
słyszałam kamieni szepty o mnie
połykając landrynkowe łezki
uśmiecham oczy do serwetki
nie wyrzucę serca dzisiaj
schowam do buzi pod język
rozpadło się łóżko więc nie śpię
porcelany powieki tną stopy
na chustce układam włosy
miałam kiedyś ramkę na zdjęcia, wiesz?
nabrałam w usta cukierków
plułam nimi w ekran komputera
chyba ma wirusa
pod rękę idziemy do zoo
bawię się tam opakowaniem twoim
ciekawa co w środku
rozkładam na części dłonie
i kocham je teraz bardziej
w barze dzisiaj zasnę
w ramionach dymu Ty
zbuduj mi dom na biegunach
żebym mogła się gdzieś obudzić
Koda
rzeźbiłabym zapamiętale
w miękkim miodzie z ust poezji
-gdyby drżące pręciki żarówek
kładły się blado na modelu
w lustrze oka znalazłabym
wypukłość światła w kącie
cień
-gdybym strach przełknęła krętych
ulic śladem brukowanym ciekła
wybojem
-gdybym
z resztek siebie
refleks wydzieram ostatkiem
czaru barwy dnia
przed słowem
haiku
pajęcza nitka
drgające krople rosy
zasypia motyl
Oddech
zaplatam
potargane myśli
w
kłos
prężny
oddech szybki
nawlekam koral cichych ust
i
wydech
równie cichy jak niepewność
czy nastąpi
twój ruch
haiku
ukryta ważka
leśne żródło dygoce
zanurzony śpiew
haiku
a drzewo drzemie
nocny lot hen ku niebu
cisza i pośpiech
haiku
drobna rosiczka
zamknięty, zielony liść
klatka owada
haiku
śnieżna polana
w liście wtulone kwiaty
grad i stokrotki
haiku
szeleści droga
tkane kobierce lasu
barwy jesieni
haiku
ślady na śniegu
cicha pogoń na karku
zbielałe futro
haiku
żar z nieba płynie
w cieniu śmierć ukryta
nic się nie schowa
*** (miłość)
z życia jesteś?
czy owijasz się
cieniem
słońca cierniem
jak zadrą serca
kłuciem
nocnym ptakiem
pod gałęzią
przepaść jawna
kłamiesz że wiesz
pisklę piszczy
otwiera porcelanę dziobu
nakarm
ostatkiem sił jesteś?
czy początkiem
Erotyk Pierwszy
I-ściana
ja od ściany
szeleściły mi palce
jak szperałem przy policzku
twoim-
odwróciłaś zaspany oddech
koszmar odszedł
sen przyszedł
minęli się w locie
rzęs
ty z brzegu
brzeg-I
Kai Fist - Rybka Koi
Treść Utworu:
Rybka Koi
sam
samu
rai
ukoi koi
kata
na
zim
na
stal
jasna
ty
jasna
ty
grysem
czerwona
Są teksty, które zwracają uwagę już samym tytułem, człowiek spogląda nań i wie, że dalej coś się wydarzy, potoczy się JAKOŚ i PO COŚ, nie bez przyczyny, nie dla samego słowotoku wyplutego z gardła chorego na potrzebę pisania nastolatka czy znudzonej robieniem zakupów młodej natchnionej gospodyni domowej (bez urazy). I nie mam zamiaru dociekać dlaczego tak się dzieje, czemuż to jedna forma artystycznej eksplozji przyciąga, inna zaś za nic nie chce się przystosować do upodobań naszej percepcji. Takie już prawo wybrednych odbiorców i teraz właśnie z niego korzystam.
Nikt więc nie powinien się dziwić, że przedmiotem tejże oto słownej batalii stanie się wiersz "Rybka Koi" autora skrywającego tożsamość pod jakże oryginalnym nazwaniem - Kai Fist. Tak, tak, nieprzypadkowo padło tu określenie batalia, przede mną bowiem prawdziwa walka z wojownikiem świadomie wykorzystującym najznakomitszy chyba rycerski mit - mit samuraja. Europa budowała tenże etos na bazie średniowiecznych wzorców obrońców honoru, jak Roland, legendarny Artur czy nasz polski Zawisza, wschodnia kultura zaś wykreowała bushido - kodeks honorowy bezwzględnie posłusznego panu samuraja. Czytamy w początkowych wersach wiersza:
sam
samu
rai
nieco lingwistyczna zabawa jednoznacznie kieruje uwagę w stronę japońskiej doskonałości, zwłaszcza, że i zasugerowane przez ukryty podmiot liryczny osamotnienie wynikało z przyjętego statusu i obowiązku.
Dalej mamy powrót do tytułowego, znaczącego słowa "koi", co możemy potraktować dwojako. Załóżmy więc, że nie o zwyczajne ukojenie tu chodzi i skoncentrujmy się na odniesieniach nieco innych, dających się już zauważyć w tytule. Jak bowiem go należy rozumieć? Rybka Koi - pływający japoński karp koi, według wschodniej filozofii Feng Shui ma moc pobudzania sił witalnych, symbolizuje dostatek, sukces i zapewnia szczęście. Mongrel koi to jednak najniebezpieczniejsza złota rybka - symbol zagrożenia. W kontekście dalszych wersów:
kata
na
zim
na
stal
po ich poskładaniu (zastanawia oczywistość tego rozczłonkowania sylab), znów przenosimy się w świat samurajów. Splamiony honor powodował rytualne seppuku, wojownik przebijał sobie brzuch, a jego przyjaciel lub kaishaku (ktoś na kształt sekundanta) ścinał mu głowę spacjalnie zaostrzonym mieczem. Najczęściej była to właśnie katana. Czyżby więc nieujawniony do końca podmiot przyjmował rolę postępującego niegodnie samuraja? Dalsze wersy mogą to przypuszczenie potwierdzać, jeśli przeczytamy je tak: jasna tygrysem czerwona. Znów odniesienie do wschodniej kultury, czerwień zaś w takim ujęciu jest finałem wymierzonej niewiernemu kary. Interpretując dalej zapuszczamy się w szereg domysłów i pułapek, bo czy to tylko fascynacja bushido czy kostium skrywający treści zupełnie inne. Jeszcze raz wrócę do początku. Samuraj to inaczej "pełniący służbę", zawsze czujny, w samym centrum walki, szukający sławy i uznania swego pana, za którego bez wahania odda życie. Właśnie, tu nie pojawia się kluczowa postać, brak zwierzchnika, tego, któremu wschodni wojownik winien oddawać cześć, dla którego walczy i dla którego ginie. Więc jeśli tenże pozbawiony jest władcy, jest to walczący na własną rękę, okryty hańbą ronin. Czy dlatego ukoi go tylko katana? Przełóżmy to na nieco inną materię. Obawiam się jednak strywializowania magii i rangi etosu, postawię więc tylko hipotezę. Zapisana bez smaczków lingwistycznych (ale zauważmy, że kulturze japońskiej przynależy czasem prostota) sytuacja seppuku pohańbionego samuraja może być emocjonalnym odniesieniem do stanu duchowego domniemanego podmiotu lirycznego, może utożsamianego z samym autorem? Czy więc to walka ze słabością, brakiem celu, sensu egzystencji? Bardzo popularne tematy w poezji, podawane już czytelnikom na wiele sposobów, nieco nużące, od których odchodzą poeci współcześni bojąc się wpisania w schemat palimpsestu, nie palimpsestu, z niego przecież można odczytać nadtekst, raczej więc niechęć dotyczyć tu będzie rólki kataryniarza, grającego uparcie tę samą wyświechtaną melodię na zużytej już katarynce. Tylko że Kai Fist nie gra, ale toczy temat po coś, dla czegoś i JAKOŚ. To właśnie jego melodii z przyjemnością wysłuchałam, tłoczonej kultowym wschodem, choć w kantyczkowatej w formie. Cóż, walka nigdy nie jest wyrafinowana, zwłaszcza ta rozgrywana między JA i JA, pod warunkiem, że ma w sobie tak deficytowy dziś towar jak prawda.
Zapach Kobiety
sianem snem
włosów skoszonych
najzieleńszych
byłaś
wątłych luster
powidok zmieniał
grał światło
łamiąc trawy
wokół tylko
ja wdychałam
miękkość wody
ciało całość
strumienie nasze
proste ramiona
przekładały kolejno
przestrzeń
eterycznie
i niebezpiecznie
wciąż
pachnie
Najprawdziwszy
widziałam jedwab
leżał delikatny na półce
i darł się na metry
adamaszek znudził
a tiule popękały
wymieniane niedbale
mogę mówić dalej
ale
trochę wstyd mi
ale
dalej
o najprawdziwszym aksamicie
o meszku swędzącym obietnicą
prawdziwie skrojonej sukienki
do kolan całowanej
od kolan kochanej
Sonata
zarysowane czoło
otul
powłóczystym dotykiem
śpiewnie
przymglone oczy
rozbudź
zwiewną melodią
nim
ranek nastanie
chyłkiem szeptu
odejdź
Mandala
z kolorowych sekund
ulotnych jak piasek
sypię moją mandalę
jawnogrzesznicy
zamotana w kłębek
rozplątuję supły zdarzeń
raniąc palce do krwi
na szorstkim powrozie
próbuję zrozumieć
origami składane starannie
z papierowych dłoni
kołysze się na nitce ramion
jak wahadło foucaulta
więc wszystko się kręci?
czekam na wiatr
i zapach mokrej ziemi
gdy wrócę do łona matki
mojej i drzew
Detoksykacja
wgryzam się
głodnymi palcami
w suchą kromkę ziemi
po której twardo
stąpałam
czas szczęka zębami
gdy zastygam w bezruchu
staje
prostuję kręgosłup
czasoprzestrzeni
krótkimi muśnięciami
pożegnalnych oddechów
zapach drewna
jak ciemny piasek
wtłacza się pod powieki
uwalniam się
od nałogu
Koniunkcja
teraz tylko czuję.
spijasz cierpkie krople
z czarki brzucha
stosy synaps płoną
budząc alarm
gotycko wygięty firmament
zawisł parabolą ciebie
całkowite zaćmienie
aż do otwarcia oczu
Katafalk Mój
nie chcę
snuć twarzy
wokół
porozrzucanych luk pamięci
szukać
oddechu
poduszonych słów
w białym kapeluszu
śpi
koszmar
kolejnego dnia
sączy się wolno
i strąca rzeczywistość
jest zimno
wycieram śmierć
w stary ręcznik
oczy i dłonie
już przywykły
nie czas
się bać
twarzy potwora
na progu
czarną kurtyną
zasłoń prawdę
Bez
lęk
w czarnej źrenicy
krew boli
proszę jak żebrak
o zapomnienie wieczyste
jak anioł
o skrzydła nieśmiertelności
jak ciało żądam
głupiej wolności
której brzuch pełny
stopy zanurzam w Styksie
i wiem
na drugą stronę przechodzę
bez obola
bez
Marzenia
podmuchem oddechu
odrywane
łuszczącym czasem
ostatni raz
tulący płaszcz
okrążył nikły uśmiech
fiołkami
smętnym szeptem
cień dotyku
zapłonął
leśny wiatr
wolę wpisał
w korę drzew
· Wszyscy Autorzy ·
© www.namida.pl 2004 - 2008
wykonanie:
PC 7